niedziela, 31 października 2010

Zgubione - znalezione, czyli relacja z Izmiru

Jak zapowiadałem, w ten weekend który w Turcji był długi (piątek to Dzień Republiki) - wybrałem się do Izmiru.
I działo się, nawet więcej niż powinno. Anyway, do rzeczy.


Razem z Amerykanką i Finką postanowiliśmy wziąć nocny pociąg z Ankary do Izmiru. Teoretycznie wyjeżdża on o 17.30 a do stacji Alsancak w Izmirze przyjeżdża po 8 rano (jak łatwo policzyć to ponad 14h jazdy), i to zakładając że pojedzie planowo, co jak się później okazało było błędnym założeniem.


Można oczywiście pojechać autobusem - jest szybciej (i drożej), a do tego korzyść z przyjechania do Izmiru o 5 czy 6 rano jest dość znikoma, więc wybór padł na pociąg.
A do tego - kuszetka - żeby w cywilizowanych warunkach się przespać. A warunki przeszły nasze oczekiwanie.
Pociągi w Turcji może są wolne (poza koleją wysokich prędkości łączącą Istambuł z Ankarą), ale za to przynajmniej w zachodniej części - wygodne.
W przedziale wielkości naszego polskiego znajdują się miejsca dla 4 osób, a do tego jak widać rozkładają się one do łóżek, które można podziwiać na tym pięknym zdjęciu:
Konduktorzy roznaszą wyprawną zapakowaną w foliowe worki pościel oraz poduszki - tak więc warunki miód malinka.
Do tego ładny i czysty wagon restauracyjny oraz toalety które niewiele mają wspólnego z naszymi. Jest czysto, jest papier toaletowy i ręczniki papierowe, woda w kranie, i specjalne takie papierowo-foliowe nakładki na muszle jeśli ktoś nie czuje się komfortowo siedząc na desce - czyli rewelacja.
Tak więc za przebycie trasy ok. 800km w całkiem przyjemnych warunkach należy zapłacić 30TL (ok. 60zł) - czyli taniocha.


Oczywiście koleje tureckie działają podobnie jak polskie, i nawet w drodze powrotnej kiedy na ich korzyść działała zmiana czasu nie udało im się przyjechać na czas. Tak też było w drodze do Izmiru - opóźnienie ok. 2h, ale jako że w hotelu i tak check-in dopiero od południa to zbytnio nam to nie przeszkadzało.


Do bani była za to pogoda. Jak śpiewał Kazik ten dzień przywitał nas ulewą, co oznaczała po prostu zalany Izmir:
Pomijam fakt że czasem się nie dało przejść przez ulicę bo było po kolana wody, ale wylewała się ona na chodniki, sklepy mieszczące się w takich quasi-piwnicach były zalane - generalnie masakra.


Na całe szczęście przestało padać i woda powoli opadała, także włócząc się powoli dotarliśmy do naszego hotelu. Właśnie sobie uświadomiłem, że nie zrobiłem żadnego zdjęcia w hotelu, ale może dziewczyny coś mają. Hotel jak to tani hotel - 3 łóżka w pokoju, jedna szafa, mały telewizorek gdzie jedynym anglojęzycznym kanałem była Al-Jazeera oraz łazienka - dość obskurna z sypiącą się z sufitu farbą - ale na weekend starczy.


Tak więc po szybkim prysznicu poszliśmy na miasto!
Okazało się że samo centrum Izmiru nie jest takie duże, oraz, że tak naprawdę fajnie się spaceruje, ale miejsc przeznaczonych do zwiedzania za wiele nie ma.
Na nabrzeżu znajduje się całkiem ładny mały meczet i orientalna wieża zegarowa:
Jak widać, jako że był to dzień przed Dniem Republiki, całe miasto było obwieszone flagami. Czegoś takiego w Polsce nie ma, nasze wywieszanie flag w święta na budynkach publicznych albo czasem prywatnych domach w ogóle nie dorównuje rozmachem temu jak to wygląda w Turcji.


Potem przespacerowaliśmy się pod górę do dwóch muzeów - archeologicznego i etnograficznego. Jak na mój gust nic tam ciekawego nie ma, aczkolwiek to pewnie syndrom europejskiego turysty który po zwiedzaniu największych muzeów w Paryżu czy Londynie niespecjalnie znajduje coś ciekawego w małych muzeach gdzieś na świecie. Tym bardziej, że prawda taka, że najciekawsze eksponaty z okolic Izmiru/Efezu/Pergamonu można oglądać w Berlinie.


Bazar. W Izmirze znajduje się jak na mój gust dość spory bazar z tysiącami sklepów gdzie można kupić wszystko od zwierząt przez tekstylia po broń. Oczywiście każdy stragan/sklep ma swoich naganiaczy, więc przedarcie się przez to wszystka nastręcza trochę problemów. Niby czytałem o tym w przewodniku i słyszałem od innych, ale jednak przeżycie tego samemu to zupełnie co innego, tym bardziej jeśli ktoś nie czuje się komfortowo gdy zaczepiają go ludzie na ulicy. Oto dwie wskazówki jak przetrwać na bazarze:
1) jeśli nie szuka się czegoś, to najlepiej nie przystawać przed wystawami tudzież nie zdradzać najmniejszych oznak zainteresowania czymkolwiek - jeśli taki handlarz wyczuje słabą ofiarę to ma się przechlapane
2) nie reagować na zaczepki w stylu 'hello my friend, how are you, where are you from' itp, jak się odpowie, wywiązuje się kilkuminutowa gadka bo taki facet nie odpuści i będzie szedł za tobą przez pół bazaru próbując zagadać


Jakoś udało nam się przedrzeć, po czym wpadliśmy na pomysł żeby zobaczyć ruiny starożytnej Agory. Po godzinie wałęsania się po Izmirze w górę i w dół, pytaniu ludzi, podążaniu za znakami, nie udało nam się tego znaleźć, więc poszliśmy na obiad.


I tutaj zapodaję zdjęcie tureckiego kebaba:
Pod mięchem w zależności od opcji może się znajdować ryż albo chleb. Coś co w naszym mniemaniu powinno się nazywać kebabem to Dürüm Döner - i przynajmniej w Izmirze za 2TL można dostać takie coś (mniej więcej coś jak nasz kebab w cienkim cieście tylko bez sosu) razem z napojem - i tu uwaga - najlepiej smakuje z ayranem.


W międzyczasie zauważyliśmy, że zbiera się na większą burzę i stwierdziliśmy że w takim razie wracamy do hotelu. Prawie nam się udało. Po chwili ulice znowu wyglądały tak:
Ale wreszcie, naokoło, udało się wrócić.
Oczywiście padać w międzyczasie przestało, więc postanowiliśmy wyjść wieczorem na browarka.


I trafiliśmy do jedynego w okolicy baru o tajemniczej nazwie "Leidis Bar" jak się okazało, było to miejsce nie tyle 'dla pań' co 'z paniami'. Ale zanim do tego doszliśmy, zamówiliśmy bo piwku. Od tego czasu do baru wchodzili tylko sami mężczyźni, a z zaplecza co jakiś czas wychodziły skąpo odziane panie. Do tego kelnerzy zaczęli nam podawać przystawki których nie zamawialiśmy, i o ile jeszcze pierwszą zjedliśmy, przy drugiej doszliśmy do (słusznego) wniosku, że się nie wypłacimy jak nam karzą za to zapłacić i poprosiliśmy o rachunek.


Nocny spacer po Izmirze nie przyniósł nic ciekawego poza pomnikiem nikogo innego jak Atatürka


Dzień drugi - Efez
Czyli kulminacja pobytu w Izmirze, kupiliśmy bilety na autokar do Efezu, tzw. service bus podwiózł nas na dworzec autobusowy, tam mały kebab na śniadanie, i do Efezu!
Po godzinnej przejażdżce zostaliśmy wysadzeni w okolicach takiego oto znaku:
Rewelacja, krótki spacerek i jesteśmy przy wejściu do Efezu (jeżeli ktoś jest niezorientowany to ruiny starożytnego miasta), sięgam do plecaka po portfel z Müzekart a tam... nie ma portfela...
Jako że byłem święcie przekonany, że nie ruszałem go z plecaka od kiedy wsiadłem do autokaru w Izmirze, doszedłem do wniosku, że może jakimś cudem wypadł gdy wyciągałem po drodze okulary słoneczne. Tak więc przeszedłem się tam i z powrotem do miejsca gdzie wysiadaliśmy z autokaru... i nic.
No co zrobić, jak już tu przyjechałem, to Efez i tak trzeba zobaczyć i tak, tak więc wybuliłem pożyczone 20TL na wejście (z Müzekart bym nic nie płacił) i zacząłem oglądać Efez.
W międzyczasie oglądania tych wszystkich pięknych, doszedłem do wniosku, że skoro nie wiem co się dzieje z moim portfelem to trzeba zablokować karty żeby sprawy jeszcze nie pogorszyć. Zaraz po tym oświeciło mnie, że w portfelu nie było tylko 200TL (ponad 400zł) ale także wszystkie dokumenty oraz moja polska karta SIM.
Trzeba przyznać, że Efez jest naprawdę wypasionym miejscem i wartym oglądnięcia, a zdjęcia wszystkiego nie oddają, ale na zakończenie zwiedzania jeszcze panoramiczne ujęcie amfiteatru:
Tuż po wyjściu zapoznałem się z miejscową żandarmerią z zapytaniem czy ktoś może nie przyniósł do nich portfela, jak się okazało, na darmo. Żeby jednak uzyskać oficjalne papierki które są potrzebne do wyrobienia nowych dokumentów konieczna jest wizyta na policji, a że komisariat znajdował się w pobliskiej miejscowości do której i tak mieliśmy się udać - ruszyliśmy na kolejny spacer, tym razem trochę dłuższy (będzie ze 6km). Oczywiście wszędzie pełno taksówek i dolmuszy którą chcą zedrzeć kasę z turystów.


W drodze do Selçuku zbiorowym wysiłkiem udało nam się przypomnieć nazwę firmy której autobusem przyjechaliśmy z do Efezu (piękna nazwa Kuşadası - Izmir), kiedy więc doratliśmy do samego Selçuku udało mi się na quasi dworcu autobusowym zdobyć numer do tej firmy (co zakrawa na cud, bo nie operuje ona z tego miasta, gość akurat znał). Stwierdziłem, że warto zadzwonić, bo może zostawiłem portfel w autobusie. Dość szybko jednak okazało się, że w innym języku niż turecki się tam nie pogada. Konieczne więc okazało się znalezienie jakiegoś turasa z dobrym angielskim, co okazało się dość trudne, wreszcie po obiedzie stwierdziłem że nie ma wyjścia - idę na policję. Tam oczywiście po angielsku też nikt nie mówi, ale panowie wyszli ze mną na ulicę i zaczęli szukać kogoś kto będzie się mógł ze mną dogadać.
Udało się, pojawił się facet z którym dało się pogadać, zadzwonił gdzie trzeba i... owszem, portfel mój został w autobusie.
Uff... będzie dobrze... tak przynajmniej sobie wtedy pomyślałem, facet dogadał się, że autobus z Kuşadası do Izmiru zatrzyma się w Selçuk gdzie ja sobie wsiądę i a) odzyskam portfel, b) wrócę do Izmiru.
Oczywiście jak to w Turcji, nic nie jest takie proste - zapomnieli dać kierowcy portfela, więc do odbioru miał być on następnego dnia na dworcu w Izmirze, za to nie skasowali mnie za przejazd autokarem do Izmiru, czyli zaoszczędziłem 10TL :D


Tutaj mała wzmianka u tureckich autobusach - nie są to złomowate stare gruchoty, ale porządne autokary, w czasie podróży podają kawę/herbatę/zimne napoje - tak więc naprawdę kulturka.

I tym magicznym sposobem dzień drugi pełen przeżyć dobiegł końca.


Dzień trzeci - ostatni.
Jako że wieczorem wracałem do Izmiru, a moja ekipa wybierała się na dalszą wyprawę do Pergamonu, musiałem się rano wymeldować z hotelu, co pociągało za sobą konieczność taszczenia ze sobą bagażu (w hotelu zostawić nie wolno, w pokoju znajomych też nie, bo ja się już wymeldowałem a oni nie wiadomo kiedy wrócą, a na żadnym z Izmirskich dworców nie ma przechowalni bagażu).
Tak więc dzień zacząłem od zwiedzania dworców w poszukiwaniu przechowalni bagażu, gdy okazało się, że to niemożliwe, udałem się na wycieczkę pod miasto do dworca autobusowego celem odebrania swojego portfela.
Udało się - nic nie zginęło, ani jedna lira!
Miód malinka, jedyne co pozostaje to zamówienie nowych kart płatniczych (raz zablokowanych odblokować się nie da).
Potem rozpocząłem ponowny obchód miasta, znalazłem wspomniany w przewodniku kościół który może i jest piękny w środku, ale niestety (jak wszystkie inne kościoły chrześcijańskie które widziałem w Turcji) zamknięty na cztery spusty.
No więc spacerowałem dalej, i doszedłem do wniosku, że pora popływać sobie promem na drugi koniec miasta, jak pomyślałem, tak zrobiłem, oto kilka fotencji:
 Jak widać (lub nie) widoczki pierwsza klasa. Po powrocie nie zostało mi już tak wiele czasu do powrotnego pociągu, więc przespacerowałem się powoli w kierunku dworca, po drodze jedząc obiad i popijając świeżo wyciskany sok z granata (1TL szklanka - w Istambule podobno nawet po 5TL).


Po drodze zauważyłem pewien ciekawy przybytek o nazwie BurgerTurk z logo zadziwiająco podobnym do BurgerKinga... naprawdę nie wiem czemu się jeszcze do nich nie dobrali.


I to by było w sumie tyle.
Jak widać, działo się dużo, a nawet za dużo, ale co zrobić. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zostawić cokolwiek tak ważnego jak portfel w jakimś miejscu, i do tej pory nie wiem jak to się mogło stać.


Na zakończenie jeszcze fotka tablicy z pociągu:
Oraz pożegnalne zdjęcie stacji w Izmirze:
I tyle.
Następna wycieczka - pewnie za 2 tygodnie, mam nadzieję, już bez dodatkowych atrakcji oraz z nowymi kartami płatniczymi.



1 komentarz:

  1. O Panie... niezła akcja z tym portfelem... Super, że się wszystko skończyło szczęśliwie:)

    A widoczki i opowiastka całkiem, całkiem:) Czekam na dalsze relacje z KebRazmusa:D

    OdpowiedzUsuń